piątek, 18 kwietnia 2014

Garnier, Płyn Micelarny 3w1

Tak to już jest jak przez blogi przeleci fama wpisów o czymś dobrym, i zaraz każda musi spróbować. Gdyby nie Wasze blogi, za pewne na wiele kosmetyków nie zdecydowałabym się. I tak dzięki pozytywnym opiniom i wielkiemu rozgłosowi skusiłam się na wychwalany micel Garniera.
Przyznam szczerze, że trafiłam już na swój ideał Loreal Ideal Soft i nie spodziewałam się żadnej zmiany w tej kwestii. Ale, jako, że uwielbiam poznawać nowości i trafiła się okazyjna cena w Rossmannie 14,99zł za 400ml, nawet się nie wahałam, aby wybrać Garniera. Mimo, że w tej samej cenie zawsze kupowałam Loreal. Z tym, że pojemność była o połowę mniejsza. To za skutkowało tymże wyborem. I wcale nie narzekam. Był to trafny wybór. W sumie dzięki Wam.

Płyn micelarny Garniera dostajemy w olbrzymiej 400ml przeźroczystej butelce. Aplikacja jest na podobnej zasadzie jak u Loreal lubi się podlewać, ale przykładając wacik do butelki unikniemy ubytku. Ogromnie podoba mi się przeźroczystość opakowania. Wiem ile mi zostało. Przy kosmetykach tego typu to dla mnie bardzo ważne. Praktycznie co dzienny makijaż z przerwą na weekend daję się we znaki w produktach do oczyszczania. 
Płyn jest jak woda, bez tłustych, dwufazowych warstw. Nie klei się, ani nie lepi na skórze. Nawet nie trzeba spłukiwać, gdyż nie ma takiej potrzeby. Nie odczuwam żadnej nie przyjemnej, krępującej warstwy, która by krzyczała o natychmiastowym umyciu twarzy.

Nie posiada zapachu. Jest bezzapachowy. I chwała mu za to. Przynajmniej kompozycja zapachowa nie zaszkodzi naszej skórze. Nie ma dzięki temu podatkowych podrażnień.

Płyn kupiłam pod wpływem pozytywnych opinii na wielu blogach jak wspomniałam wyżej. Skusiła mnie wielka pojemność opakowania i promocyjna cena. I oto takim sposobem znalazłam kolejny hit do demakijażu całej twarzy.

Płyn wg producenta jest produktem 3w1 do cery wrażliwej. Ma usuwać makijaż, oczyszczać i koić. Zdecydowanie zgadzam się z tym, chociaż raz producent nie pisze bajek i trzyma się prawdy. Najważniejsze, że jest bezzapachowy i nadaje się do stosowania na całą twarz, w tym usta i oczy.

Płyn micelarny 3w1 Garnier to rewelacyjny produkt do demakijażu całej twarzy. Dokładnie zmywa makijaż, zanieczyszczenia, oczyszcza skórę przy okazji tonizuje ją, a przy tym nie podrażnia jej. Zero za mgleń, zero pieczenia w okolicach oczu, a także zero podrażnień skóry. Żadnego szczypania. Wszelkie problemy, jakie dotyczyły mojej skóry względem podrażnień przy płynach znikły.
Dodatkowo nie wysusza skóry, a mam wrażenie, że delikatnie nawilża ją. Przy najmniej nie mam problemów z suchymi skórkami.
 
Płyn micelarny jest produktem, który nakładamy na twarz bez potrzeby tarcia. Delikatnie rozpuszcza makijaż i wszelkie zanieczyszczenia. Nie jest to metoda, która do końca się sprawdza, bo przy Avonowej kredce muszę lekko zetrzeć, ale ona tego wymaga, gdyż ciężko ją zmazać. Choć w większej połowie płyn ją „rozpuszcza”. I tak uważam to za wielki sukces.

Płyn nie wywołuje żadnych reakcji względem uczuleń, podskórnych bąbli czy po prostu pryszczy. Wręcz wszystko ładnie łagodzi i goi. A nawet uspokaja.

Do tej pory produkty 3w1, uważałam za słabe, bo jak jest coś do kilku to jest do niczego. Tutaj skupiam się głównie na demakijażu i jest 100% zadowolenia, gdyż pojawia się prawidłowe oczyszczenie.

W płynach micelarnych cenię sobie skuteczność i szybkość zmywania makijażu bez podrażnień. Nie wszystkie płyny pozwalają na taką łatwość usuwania. Ten to ma!

Świetna wydajność. Mega butla 400ml, a 200 zastosowań za tak niską cenę 14,99zł na promocji w Rossmann, bo swoją butlę kupiłam w takiej cenie. Standardowa cena to ok.20zł. Sporo. Trzeba czaić się na promocję:)

Czy kupię ponownie? No, pewnie, że tak! Bez zastanowienia. Do tej pory kupowałam za 14,99zł Loreal Ideal Soft, w tej chwili się to właśnie zmieniło. Nie ma sensu przepłacać, jak mam taki sam produkt w większej pojemności. Mam jeszcze jedną butlę, którą udało mi się wygrać u Coco. Na razie mam spokój na trzy miesiące. Polecam

czwartek, 17 kwietnia 2014

Farmona, Lawendowe Ukojenie, Magic Spa, Peeling cukrowy do ciała

Martwy naskórek usuwamy dzięki peelingom, których na rynku jest całe mnóstwo. Możemy im zawdzięczać gładką i miękką skórę, która łatwiej przyswaja kolejne kosmetyki. Choć zdajemy sobie sprawę, że nie wszystkie podołają tym zadaniom.
Dziś przygotowałam dla Was wpis o peelingu, który swoim działaniem przyciągnie wiele kobiet, a może i nawet mężczyzn. 
W pierwszej kolejności zaciekawi Was opakowanie. Jest cudowne. Bardzo ciężkie, szklane. Zakręcane aluminiową zakrętką, dodatkowo sreberkiem. W koło niego owinięty sznureczek z uroczym kwiatuszkiem, który dodaje „smaku” całemu wyglądowi. Pięknie się prezentuje i bez dwóch zdań mocno przyciąga uwagę. Do tego łatwo wydobywa się kosmetyk, zużywamy go do samego końca. Problem jest z wydajnością, mimo, że w opakowaniu jest 200g. Jakoś mało. 
Jest to peeling cukrowy z dużą ilością cukru, dużymi kryształkami, które szybko rozpływają się w wodzie podczas masażu. Kolor jest fioletowy jak lawenda.
Konsystencja jest miękka, łatwo się rozprowadza.
Peeling podczas kąpieli robi się biały i zostawia na ciele troszkę tłustą warstwę, której nie cierpię, ale radzę sobie z tym. Oczyszczam skórę po peelingu żelem. Wtedy znika tłusta powłoka. Tłustą warstwę możemy zawdzięczać naturalnemu olejkowi z lawendy. 
Zapach to lawenda, słodki, kwiatowy. Nie przepadam za zapachem lawendy, ale tutaj jest mi zupełnie obojętny. W tym przypadku nie jest bardzo mocny, intensywny. Zresztą zmywa się go, a na ciele delikatnie go czuć. I nie przeszkadza mi już. 
Cukrowy peeling świetnie ściera martwy naskórek zostawiając skórę bardzo gładką, miękką,  przyjemną w dotyku i przez tłustą warstwę złudnie nawilżoną. Mimo mocnego ścierania nie została w żaden sposób podrażniona. Przez tłustą warstwę używam go tylko na partie nóg. Bałabym się, że na dekolcie czy dłoniach mogłyby pojawiać się pryszczyki, które towarzyszą mi przy tego typu warstwach (czyżby parafina?).
Pewnie jesteście ciekawe czy zapach przyniósł mi ukojenie, spokój po całym dniu. Niestety ten zapach nigdy nie kojarzył mi się ze spokojem i odprężeniem. Na pewno wybierając domowe Spa kierowałabym się inną kompozycją zapachową, bardziej spokojniejszą. W tym przypadku jestem trochę taka zamroczona. Lawenda raczej nie jest świeżym, lekkim zapachem. Dlatego nie mogę powiedzieć-napisać, że to odprężający, rześki zapach.

Mimo to ogromnie podoba mi się działanie peelingu. I zaspokoi potrzeby wielu kobiet, które wymagają dobre ścierania. Może nie wszystkim spodoba się tłusta warstwa, ale jest na to sposób.
Dodatkowo skusi Was ładne, szklane opakowanie, przyjemna cukrowa konsystencja i jak lubicie lawendowy zapach. 

Za 200g musimy zapłacić między 20-25zł. 
Lubicie lawendowe zapachy?

środa, 16 kwietnia 2014

Original Source, Golden Pineapple Shower

Do tej pory miałam styczność z jednym żelem OS, była to malinowa wersja, która urzekła mnie swoim zapachem. Polubiłam przez to tę firmę, ale nie zabijam się, aby mieć kolejny nowy zapach. A dlaczego? Gdyż zapachy może nie, które są co prawda niesamowite wg opisów i opinii, ale jednak w tej cenie (8zł) mogę mieć dwa inne tańsze o podobnej woni. Jak widać nie zawsze nas tak pozytywnie zaskoczą. 

Ananasowy żel zapewne zna większość z Was, gdyż ta wersja pojawiła się w marcowej edycji Shiny Boxa.

Konsystencja żelu jest bardzo galaretowata, lekko żelowa. Bardzo rzadka, rozlewa się między palcami i trzeba szybko nakładać na resztę ciała. Trochę beznadziejna jak dla mnie. Wolę bardziej zwarte i robić to po mału. A nie na szybko i mimo to mała ilość potrafi wylądować w wannie. Żel Delikatnie się pieni. 

Zapach słodki, owocowy, ale nie taki soczysty i świeży. Na początku w opakowaniu bardzo fajny, zauroczył mnie. Jednak podczas mycia jest jakiś taki słaby, mało intensywny. Ledwo go wyczuwam i na dodatek nie jest już taki super, jak po wąchaniu z opakowania. Myślałam, że w zetknięciu się z wodą jeszcze bardziej mi się spodoba, niestety tak się nie stało.

Żel jest zwykłym żelem, który dorównuje żelem Isany za 2,99zł. Niestety ten zapach nie zauroczył mnie jak malinowa wersja. Zawiodłam się na zapachu, który nie do końca spełnił moje oczekiwania. Tak bardzo się cieszyłam, że znalazłam go w Shiny Boxie, że nawet nie wyobrażałam sobie innej opinii jak mega pozytywna. Niestety pozory zapachu z opakowania mocno mnie zmyliły. Czasami tak jest, że w opakowaniu pachnie bosko, a na ciele z wodą już nie jest tym co chcielibyśmy czuć. Mało kiedy mi się takie trafiają, ale jednak są.

Pewnie myslicie sobie o co jej chodzi z tym zapachem? A oto mi chodzi, że w opakowaniu zapach jest bardzo intensywny, mega słodki, ananasowy. Po zetknięciu się z wodą traci na mocny zapachu. Jest rozrzedzony, mało wyczuwalny ananas, praktycznie zanikająca woń, która nie kojarzy mi się z ananasem. Widzę, że coraz częstszym chwytem marketingowym jest właśnie intensywność zapachu w opakowaniu, a niżeli podczas kąpieli.

Druga sprawa, to okropna konsystencja. W malinowej wersji byłam przyzwyczajona do kremowego, dosyć zwartego żelu. Tutaj mam całkowite przeciwieństwo. Mega rzadka konsystencja, na dodatek galaretowata i szybko znikająca z dłoni.
Tym sposobem daje nam to bardzo małą wydajność.

A jak jest z jego działaniem. Jak to mówią, żel jak żel, jako tako oczyszcza, choć mogłoby być lepiej. Czuć lekkie odświeżenie, ale nie ma tego orzeźwienia i świeżości, jaką dałby mi zapach.
Nie wiem czy wysusza skórę, bo jak wiecie używam maseł po każdej kąpieli. W sumie to nie ma dla mnie to znaczenia. Żel ma myć i ładnie pachnieć. Ten tutaj nie jest do końca dobrym wyborem.

Myślę, że jeszcze kiedyś spróbuję żeli OS, ale na pewno innej wersji. Nie skreślam ich po jednym nie udanym żelu. Jak to sam producent napisał na opakowaniu, ale się go pokocha, albo znienawidzi. Ten zapach wrzucam do tej drugiej grupy.

wtorek, 15 kwietnia 2014

DIY - Wazon na kwiaty vol.2

Dawno nie było żadnego DIY, zapuściłam całkowicie domowe robótki. Kilka dni przed świętami naszła mnie ochota na zmianę i trochę tego wielkanocnego nastroju. Rzeżucha posadzona od dawna, coś tam przygotowane. Ale nie miałam jasnego wazonu, który rozświetli stół.
Przypomniałam sobie wtedy, że przecież mam jeszcze słoiki po Kawie Nescafe. I zdecydowałam się je wykorzystać po raz kolejny.
Pierwszy raz pokazywałam Wam dawno temu o tu był to 2012rok –szok, że to tak dawno. W dodatku jakoś mniej mi się podoba. A może dlatego, że w ostatnim czasie mam ochotę na pastele.
Od tej pory w sumie nie zrobiłam nowego. Aż do dzisiejszego wpisu. Lakiery, które są mi już nie potrzebne, lub przeterminowały się zostają zawsze tak wykorzystane. Nigdy nie wyrzucam nie zużytych.
Wykonanie jest banalnie proste. Chyba nie muszę pisać po kolei kroków. Choć może ktoś skorzysta. 
1. Wystarczy mieć odpowiedni słoik, który swoim kształtem będzie przypominał wazon. W tym przypadku doskonale sprawdza się słoik po kawie Nescafe. Wiele osób ją pije, więc raczej nie będzie problemu z jej zdobyciem:) Nie chodzi tutaj o zakup, tylko zrobienie czegoś z niczego.  
2. Nie potrzebne lakiery. 
3. Zmywacz do paznokci.
4. Wstążką na kokardkę.

Etykietkę ze słoika odmaczam. Do środka wlewam lakier (kolor, jaki Ci pasuje). Jak jeden  nie starczy mieszajmy w tych samych odcieniach. 
Rozprowadzam go rozcieńczając lekko zmywaczem do paznokci. Pozostawiam do wyschnięcia. 
Dekoruję dodając wstążkę. I wazon gotowy.
W tej chwili mam kwiaty sztuczne, ale mam nadzieję, że się to zmieni. I niebawem pojawią się cięte. 
Prawda, że uroczo wygląda. Co prawda odcień jest bardziej pastelowy niż na zdjęciu.
Już mnie kusi żółty. Chyba zrobię sobie jeszcze jeden:P
A już za kilka chwil pokażę Wam co wymyśliłam z rzeżuchą. 

Co myślicie o dawaniu drugiego życia przedmiotom, 
które nadają się prosto do kosza?

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Facelle, Płyn do higieny intymnej Sensitive

Jakiś czas temu cała blogsfera huczała o słynnym płynie do higieny intymnej. Swój zakup planowałam, aż wykończę wszelkie produkty tego typu. Skrupulatnie zapisane w kalendarzyku, aby nie zapomnieć kupić i spróbować. W końcu i do mnie trafił hit, który dla jednych jest płynem, a dla innych szamponem. O dziwnych sposobach używania kosmetyków nie wypowiadam się, gdyż stosuję zazwyczaj wg ich zastosowania, ale czasem można przymknąć oko. I tylko taka opinia dziś się pojawi. 

Płyn do higieny intymnej dostajmy w zwykłym białym opakowaniu. Produkt wydobywa się prawidłowo, choć może za szybko. Nie jest to przeźroczyste opakowanie, a szkoda. Mimo to będzie można stawiać „na głowie”, przez swoją płaską nakrętkę.

Konsystencja jest przeźroczysta, rzadka, delikatnie pieniąca się. 
Wydawać by się mogło, ze żel nie ma żadnego zapachu. Wyczuwam w nim nutę aptecznej woni. Jest bardzo, ale to bardzo słabo wyczuwalna. Mimo to nie przeszkadza mi żadnym przypadku. Tam nic nie czuję:P

Po wielu pozytywnych opiniach nic innego nie zostało mi jak wypróbowanie tego hitu. Pewnie ciekawe jesteście jak się u mnie sprawdził. Otóż jednym zdaniem mogę powiedzieć, że jestem bardzo zadowolona.

Płyn jest doskonałym żelem, który świetnie oczyszcza i odświeża miejsca intymne. Odczuwamy uczucie czystości.
Nie powoduje podrażnień, nie wywołuje nieprzyjemnych swędzących reakcji. Łagodzi wszelkie objawy podrażnień, swędzenia czy uczucia suchości. A nawet chroni przed nadejściem kolejnych. Są to moje podstawowe kryterium przy wyborze tego typu kosmetyków.

Dla osób o wrażliwej naturze będzie to doskonałą informacją. Sama zmagam się z podrażnieniami w tych okolicach. Ale, od kiedy porzuciłam biedronkowe żele do higieny intymnej nie martwię się już o te problemy.
A plus dodam, że stosowany tylko do miejsc intymnych wystarcza na długo. Bardzo wydajny.

Dużo osób stosuje go do włosów, twarzy, i reszty ciała. Podobno sprawdza się idealnie na twarzy i włosach. Chyba jednak pokuszę na wypróbowanie, szczególnie do twarzy. Dziwnie to zabrzmi, ale może się sprawdzić. Widziałam kiedyś na portalu wiochy jak się naśmiewają z blogerek kosmetycznych, jak to używają płyn przeznaczony do higieny intymnej na twarz. Patrząc z boku faktycznie idiotycznie to wygląda. Ale jak pomaga to, czemu by nie:) A nuż okaże się świetnym żelem, który nie powoduje wysypu podskórnych bąbli i świetnie oczyści skórę problematyczną.

Do tego, jeśli planujemy wyjazd wystarczy zabrać ze sobą jeden produkt, a nie tysiąc nie potrzebnych buteleczek. Chyba nic więcej nie trzeba dodawać.
Podtrzymuję zdanie blogsfery, że jest to hit:)

Omawiany hit dostępny jest tylko w sieciach drogerii Rossmann. Za ok.7zł, cena promocyjna jest o wiele niższa. Nic nie tracimy, a tak wiele zyskujemy.

Jeśli do tej pory nie miałaś płynu Facelle możesz sprawić, że trafi do Ciebie. Wystarczy zgłosić się do konkursu na moim bloguw którym do wygrania jest właśnie ten płyn wraz z innymi kosmetykami dostępnymi w sieciach drogerii Rossmann. Nie przegap tej okazji.

niedziela, 13 kwietnia 2014

W marynarskim stylu: Paski

Pogoda całkowicie zmieniła swoje oblicze, z pięknej ciepłej aury wróciło okropne zimno. No cóż „kwiecień plecień, co przeplata trochę zimy, trochę lata”. Ale już za kilka dni miesiąc maj i będzie już tylko coraz cieplej. A za kilkanaście dobrych dni wakacje. Bosko. Już nie mogę się doczekać tego ciepła.
Dziś zaprezentuję Wam zestaw, który sprawdza się w te cieplejsze dni, a nawet typowo letnio-wakacyjne. Na razie w wersji z kurteczką.
Styl marynarki chyba każdemu kojarzy się z wakacjami. Uwielbiam paski, choć trzeba je odpowiednio dobierać, szczególnie przy mojej figurze, aby czasem się nie pogrubić.
Nieodłącznym elementem moich stylizacji tej wiosny jest kurteczka jeansowa, gdyż świetnie współgra z wieloma moimi ubraniami z szafy. To pewnie, dlatego, że brakuje mi jeszcze kilku fajnych okryć wierzchnich. I jest najczęściej wybierana. Musicie wybaczyć mi tę nudę. Choć wiele z Was ma 2-3 i na co dzień w tym śmiga.
Do tego wspomniane paski, czyli tutaj sukienka na grubszych ramiączkach. Z uroczą kokardką w talii. Mała listonoszka, która ma swój debiut na blogu, a mam ją tak długo.
I czółenka nude open toe czasnabuty.pl Niby tak wysokie, ale przez koturny bardzo stabilne i na prawdę wygodne. 
Szukając dla Was linku do tych butów. Zobaczyłam inne koturny, które idealnie pasowałby do tej stylizacji. Kurczę muszę je mieć, tylko nie wykupcie wszystkich numerów!:)
Foto: Fotomaniak
Kurtka- nn (sh)
Sukienka- (sh)
Apaszka- nn
Torebka- Avon
Bransoletka- Lemoniq (for Lirene)

Dla mnie świetny zestaw. Ciekawa jestem jak się Wam podoba? Lubicie paski?

sobota, 12 kwietnia 2014

Balea, Hand creme olive

Balea do tej pory wiedzie prym w żelach. I raczej długo się tutaj nic nie zmieni. Przez zupełny przypadek w moje ręce wpadł krem do rąk o oliwkowym zapachu. Ten rodzaj zapachu nie jest mi jakoś szczególnie bliski. Rzadko kiedy go wybieram, praktycznie wcale. 
Mała tubka stojąca na głowie. Z otwieraną klapką, a nieodkręcaną. Zaprojektowana miłą dla oka wręcz wiosenną kolorystyką.

O pistacjowym, oliwkowym kolorze, trochę rzadkiej, ale nielejącej się konsystencji. Szybko się wchłania, nie zostawia tłustych warstw. A przyjemną lekką powłokę, która nie utrudnia życia to znaczy nie klei się, ani nie lepi. 
Zapach jak wspomniałam wyżej jest oliwkowy. Świeży, nie nachalny, lekko słodki z domieszką typowego dla oliwki zapachu. Dosyć długo utrzymuje się na skórze. Może nie męczy nosa, ale jak ktoś nie lubi zapachu oliwki to niech nie ryzykuje.

Oliwkowy krem do rąk przez swoją lekka formułę lekko nawilża dłonie. Przy bardzo mocnych problemach i oczekiwaniach niestety nie podoła. Krem jest takim kosmetykiem, na co dzień już do zadbanych dłoni, aby tylko podtrzymywać ich prawidłowy stan. 

Lubię gdy nie ma tłustych warstw na dłoniach, ale potrzebuje większego nawilżenia. Gdy jego nie ma to mam większe problemy. Dłonie są suche, szorstkie. Potrzebują jeszcze większej dawki odżywienia. Co gorsze jeśli myjemy często dłonie i po każdej takiej czynności kremujemy je. To niestety nie ma tej poprawy, na którą tak czekaliśmy. Tym sposobem krem nie należy do wydajnych.

Do tego nie przekonuje mnie zapach oliwki. Mimo, że jest nie nachalny to nie do końca moja kategoria zapachowa. Nie lubię go w kosmetykach i ogólnie.

Osoby, które lubią brak tłustych powłok, szybkie wchłanianie, lekkie nawilżenie i zapach oliwki mogą być zadowolone. A te, które potrzebują większej dawki nawilżenie nie do końca spodoba im się lekkie nawilżenie.

Krem można dostać w drogeriach DM, a także na allegro np. w Drogerii Joanny za 8,90zł/100ml

piątek, 11 kwietnia 2014

Bomb Cosmetics, Peeling pod prysznic z masłem shea Blues

Bomb Cosmetics słynie z cudownych zapachów. Do tej pory były to świetne aromaty. Dziś przedstawię Wam zapach, który nie koniecznie jest moich hitem. Ale jednak działanie wychodzi na pierwszy plan. 
Już nie raz pisałam Wam o ciekawych opakowaniach, które wykorzystuje Bomb Cosmetics. Jak po lodach. Z ciekawym nadrukiem. Przyciągającą kolorystyką, zupełnie jak Balea.
Przedstawiony kosmetyk to peeling do ciała o lekko zbitej konsystencji, w kontakcie z wodą rozpływa się. Jest drobnoziarnisty, pieniący się.
Posiada w sobie naturalne olejki z bergamotki i trawy cytrynowej. Dziwne połączenie zapachowe, które nie do końca mi pasuje. Trawa cytrynowa do tej pory była dla mnie bardzo świeżym doznaniem i miło mi się kojarzyła. Niestety ten zapach, możliwe, że z bergamotką stwarza mdłą aurę, która nie do końca mi pasuje. A może to masło shea tak miesza. No nie wiem...
Ale tym tak do końca się nie martwię, gdyż wybór zapachów jest duży i każdy znajdzie coś dla siebie. Mam jeszcze w wersji zapachowej mango i ten zapach serdecznie polecam.

Peeling o pieniącej się konsystencji jest bardzo fajnym kosmetykiem pod prysznicem czy też w wannie. Lubię tę formułę. Działanie oceniam na dosyć dobre, bardziej ku średniemu. Skóra nie jest mega czerwona po użyciu, ale lekko wygładzona. Dodatkowo zostawia przyjemną nawilżającą powłokę, która w żadnym razie nie natłuszcza mocno skóry. Nie mamy oblepionej skóry jak to było w przypadku z innymi peelingami.
Peeling jest bardzo wydajny, miałam go od dawna, ale właśnie wykończyłam. Jego denko będziecie mogły zobaczyć w "denku kwietnia". Używałam na całe partie ciała. Najwięcej przez zapach stosowałam go do dłoni, aby zlikwidować ciemne plamy po obieraniu ziemniaków. Do stóp także jest nie jest dobry. Jak dla mnie za rzadki przy użyciu pumeksu.
Peeling także świetnie myje dłonie. Nadawał się jako mydło do mycia, nie wysuszając dłoni. Dlatego przy tym stosowaniu tak szybko ubył. Co lepsze rodzinka też polubiła nim myć ręce.
W dobie prac na działce rewelacyjnie się sprawdzał. Oczyszczał skrupulatnie. 

Peeling możecie dostać w HomeDelight.pl za 30,75zł/375g

czwartek, 10 kwietnia 2014

Loreal, Elseve, Fibralogy, Szampon i odżywka ekspansja gęstości

Od kilku dni nie pojawiła się żadna recenzja. Pewnie wiele osób się zdziwiło. Ale prace na działce tak mnie wciągnęły, że nic nie mogłam na to poradzić. W końcu w więcej ruchu. Jakiś odpoczynek też musi być. Chciałabym już tam mieszkać i wszystko doglądać na bieżąco. Ale chwilę to jeszcze potrwa.
Dziś zapraszam Was na opinię dwóch produktów z jednego brandu Loreal, Elseve Fibralogy szampon i odżywka 

Seria Fibralogy to innowacja w ekspansji grubości włosów. W skład jej wchodzą szampon, odżywka, maska i aktywator. Ja znam tylko dwa kosmetyki, a mianowicie szampon i odżywkę.
Szampon posiadam w wielkiej, wielgachnej butli 400ml, którą zapewne będę męczyć cały rok, albo i dłużej. Chyba, że podrzucę mężowi, bo jednak nie zużyję go do końca.  Podoba mi się opakowanie. Jest praktycznie półprzeźroczyste można zobaczyć ile produktu ubyło. Otwór jest w sam raz. Szampon swobodnie wypływa.

Konsystencja jest prawie przeźroczysta, lekko brudnawa, rzadka, ale nie wycieka między palcami. Szampon świetnie się pieni, ale lekko plącze włosy.   
Zapach jest niesamowity. Taki świeży, słodki, ale nie mdły. Chyba kwiatowy. Cudny rześki. Dla mnie rewelacja. Trochę utrzymuje się na włosach.

Moje włosy są proste i cienki. Zdecydowanie brakuje im gęstości. Dlatego ten szampon do włosów miał być ich ostatnią deską ratunku. Niestety jako takiego pogrubienia nie zauważyłam. Owszem zrobiło się ogromne sianko, wielkie puszenie się i wyglądało jakby prąd mnie pokopał, albo gorzej piorun we mnie trzasnął. Wszystkie baby hair, których mam dużo sterczały jak szalone. Nigdy nie widziałam ich w takim stanie. Śmiesznie to wygląda i niestety ten efekt okropnie mnie drażni. Tak było bez użycia odżywki.

Włosy owszem są umyte. Ale nie tylko o taki rezultat mi chodziło. Do tego brakuje im błysku, są jakieś takie bez życia, matowe, przesuszone.
Szampon umył włosy z brudu i zanieczyszczeń. Nie przysporzył mi kłopotu z łupieżem. W tej dziedzinie się sprawdził. Natomiast w kwestii gęstości nic. Chyba, że producent przez pogrubienie rozumie siano na głowie.

Cena jaką musimy zapłacić za szampon to ok.16zł/400ml. Może i cena super co do pojemności. Niestety przy jego działaniu wg mnie szkoda wydawać pieniądze. 
Opakowanie z odżywką jest lekkim przeciwieństwem szamponu. Stoi na głowie. Już nie widać ile produktu zużyliśmy. Pojemność także jest mniejsza i to o połowę. 

Konsystencja bardziej gęstsza od szamponu, ale dalej w kategorii rzadkiej. Biała, ale bardziej kremowa o rewelacyjnym zapachu jak szampon. 
Odżywka jest zbawieniem dla włosów po użyciu szamponu z tej serii. Przede wszystkim pozwoliła rozwiązać problem plątania włosów. Szybko je wygładza i zostawia przyjemnie miękkie.
Przy dłuższym stosowaniu bardzo przylizuje moje włosy i są mega szybko przetłuszczające się. Dlatego muszę ją rzadziej stosować. A najlepiej wypadł test na zmianę z innymi.
Żadnej grubości nie zauważyłam. Odżywka jak odżywka. Potrafi okiełzać niesforne włosy, ale trzeba ja nakładać z umiarem.

Na plus dodam, że jest bardzo wydajna. Jej cena to ok.12zł 

Znacie ten duet? A może dopiero macie zamiar kupić?

środa, 9 kwietnia 2014

Foto mix 13

Ponad miesiącu temu pojawił się wpis ze zdjęciami mix. To już chyba tradycja. Mam nadzieję, że teraz to się zmieni i będzie wiele okazji do pokazania co u mnie. Do tej pory były to tylko zdjęcia z aparatu. A jako, że mogę się pochwalić nowym smartfonem zobaczycie także zdjęcia wykonane jego okiem:) Wybierając telefon chciałam, aby miał dobry aparat. Zawsze to w kieszeni czy w torebce wyląduje niż mam zabierać ze sobą cały arsenał i wielki aparat. Wiem, że smartfon to nie aparat i nie ma tej jakości, choć źle nie jest. Ale ile ja już zdjęć nim zrobiłam i ile uwieczniłam to głowa mała. Zapraszam, wiec na prawdziwy mix zdjęciowy.

1. Zaczynamy od nowej zabawki. Jestem mega zadowolona z wyboru. Miałam już rezygnować z usług Orange, ale wybrałam dla siebie bardzo dobrą ofertę, dopłaciłam sobie do telefonu i przedłużyłam umowę. Samsung to marka, która długo mi towarzyszy. A temu smartfonowi nie mogłam się oprzeć. Jest fajnie zaokrąglony typowy kobiecy.
2. Oczywiście pierwsze foto nowym gadżetem musi być. Do tego chyba moje pierwsze foto w takim upięciu z grzywką.
3. Nowy naszyjnik Avon.
4-6. Napływ wiosny. Wszystko w koło kwitnie, aż chce się żyć. Moja Forsycja koło domu. Bazie kotki. I kwitnąca śliwa u sąsiadki
7. Żonkile.
8. Nowy rower. Cudowny prezent urodzinowy. Mimo, że dopiero mam pod koniec kwietnia.
9-10. Pierwsza przejażdżka rowerowa. I napotkane ciekawe rzeczy. Śmialiśmy się, że to zastrugane ołówki. Zapewne będą coś grodzić.
11-12. Przygotowania do świąt. Moje diy. Już niedługo Wam pokażę, co wymyśliłam na świąteczny stół. Rozkwitające bazie.
13-15. Coś na słodko. Pyszne biszkopciki. Mega smaczny wafel własnej roboty (smak dzieciństwa) do tego ulubiona kawa w ulubionym kubku. I żeby nie było za słodko twarożek ze szczypiorkiem i rzodkiewką:) Pycha.
16-17. Kolejna oznaka wiosny. Kwitnąca śliwka. Śliczne bratki. Te kupione. inne dopiero posiane jeszcze nie są tak duże.
18-19. Sezon na działkę uważam za rozpoczęty. Wszystko pięknie skopane, jedna część (lewa) już posiana. Jeszcze dokończę pomalować płotek i będzie bajerancko. Od kilku dni jestem taka szczęśliwa i zadowolona z tego siania. Kupiliśmy z mężem pełno kwiatów, aby wabiło mu motylki. Przecież musi coś fotografować:) Tutaj posiane są same warzywa. A kwiaty mam gdzie indziej (tak w gwoli ścisłości).
20-22. Karta z kalendarza. Ach te bazie. Ach ta nasza słodka Roksa. Bardzo groźna dla obcych. Nie wiem skąd wziął się w niej ten mocny instynkt.
23. Borseto. Zwykły badziew. Chciałam spróbować i przekonać, czym się tak zachwycają. Nic specjalnego. Szkoda kasy, nie polecam.
24. Znalezione przez młodego. To mu się trafił kamień.
25. Moje nowości z kupbuty.com. Życzenie z wiosennej listy spełnione. Czyż nie cudne. 
26. Mała wygrana u Coco i zapowiedź następnej stylizacji.
I już wiadomo co robiłam przez ostatnie kilkanaście dni. Już niedługo święta, więc powinno być kolorowo. Miejmy taką nadzieję...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...