wtorek, 19 sierpnia 2014

Panterka po raz kolejny

Nie, nie znalazłam jeszcze czasu na kolejne zdjęcia. Niestety z tymi nowymi musimy wstrzymać się do września, ale to już nie długo, więc przez jesień i zimę, a nawet początek wiosny będę Was zalewać nowymi zdjęciami. Jak na razie przedstawię Wam jeszcze jedną stylizację, która nie ujrzała światła dziennego. 
Bardzo prosty zestaw, bo w takich czuję się najlepiej. Klasyk- czerń i panterka do tego trochę pseudo złotych dodatków.
Stylizacja bardzo codzienna- casual. Bez udziwnień, śmiało można wyjść na zakupy jak i na spotkanie ze znajomymi. Panterka sprawia, że strój nadaje się bardziej na wieczór. Ale to też zależności jak kto woli. Do tego nie dość wysoka szpila i śmigamy. Buty można zamienić na coś bardziej lżejszego i wygodniejszego, ale przy mojej budowie ciała i niskości, wolę do leginsów ubrac szpilki. Nadaje im przynajmniej tej elegancji. Zresztą przez pogodę po woli trzeba będzie chować sandałki, a rozglądać się za botkami. W tym roku musze dorwac beżowe, bo takich mi brakuje:)
Legginsy- sklepik miejski (nn)
Tunika- Amisu (sh)
Buty- kupbuty.com
Bransoletka/naszyjnik- e-blyskkotki.pl

poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Delawell, Maska algowa do twarzy i ciała z żurawiną

Wielkie 500ml opakowanie, w którym mieści się sypki jak cukier puder lekko różowy proszek w pudełku, a po przygotowaniu zmienia barwę na beżową. Po dolaniu do niego wody robi się rzadka konsystencja coś jak papka, która lubi szybko zastygać, dlatego w tym czasie powinniśmy nałożyć ją na twarz lub, jak kto woli według potrzeb na ciało. Sama stosuję ją na twarz. 
W zestawie znajdziemy plastikową głęboką łyżeczkę, która zdecydowanie ułatwia przygotowanie.
Maska ma delikatny pudrowy zapach, który szybko ulatnia się. 
Całkiem przez przypadek trafiła do mnie ta maska. Ale jak już pojawiła się w mojej kosmetyczce to pasowałoby co nie co o niej napisać.
Warto wcześniej zapoznać się z instrukcją przygotowania takiej maski, gdyż nie jest to produkt gotowy.
Po przygotowaniu i nałożeniu maski musimy odczekać ok.15-20minut. Jest to maska typu pell of dlatego ściągamy ją w całości. Resztki ewentualnie domywamy wodą. Ale zazwyczaj sama odpada lub ściągam jej resztki, które wyglądają ja skóra. Maska nie wyrywa włosków, więc bez obaw jest na tyle delikatna, że subtelnie schodzi.
W czasie jej nakładania i noszenia nie mrowi, nic nie piecze, ale po 10 minutach zaczyna ściągać maskę- zastygać. Mam wrażenie, że lekko chłodzi. 
Ca daje taka maska z alg? Przede wszystkim dobre nawilżenie, odżywienie skóry. Jest bardziej naprężona, ale nie ściągnięta. Lekki lifting przy dłuższym stosowaniu oraz elastyczność i jędrność skóry. A przede wszystkim oczyszczenie skóry i przygotowanie jej na stosowanie innych kosmetyków.
Jestem zadowolona z efektu oczyszczenia skóry, z jej gładkości. Spełniła moje oczekiwania.
Choć jej przygotowanie czasem mnie zniechęca, (tak to jest jak przyzwyczai się człowiek do gotowców). Mimo to maska jest bardzo dobrym produktem, któremu warto się przyjrzeć.

Maska ma bardzo krótki skład i mam nadzieję, że nikomu nie wyrządzi krzywdy. U mnie nie pojawiło się żadnych niepożądanych reakcji alergicznych czy podskórnych wsypów.
Maskę możecie dostać tutaj Delawell za 22zł. Przy tak dużej pojemności, skuteczności jak i wydajności produktu to cena nie jest wygórowana. 

niedziela, 17 sierpnia 2014

DIY: Przemalowanie starego stolika na biało

Na instagramie wiele osób mogło już dużo wcześniej podziwiać metamorfozę stoliczka. A dla tych co go nie widzieli zapraszam do obejrzenia tutaj na blogu. 

Bardzo dawno temu pokazywałam Wam pierwsze foto starego mebla. Zdaje się, że było to w foto mixie z 8 marca. Stwierdziłam wtedy, że biorę się za jego przemalowywanie.
Ale za nim ono nastąpiło po drodze była budowa, ogród, a także pogoda, która miała wiele do powiedzenia.
Stąd odnowa stolika zajęła mi długie tygodnie, a nawet przełożyło się to na miesiące. Co lepsze czas takiej odnowy to raptem 2-3 dni przy ładniej pogodzie i żadnych innych dodatkowych prac.

Ale od początku. Stolik przeżył już swoje i zwyczajnie był stracony. To znaczy miał iść do śmieci. Co gorsze wisiała nad nim już siekierka. Ale w ostatniej chwili przechwyciłam go w celu odnowy i oczywiście na przemalowanie go na biało. Od dłuższego czasu mam fazę na ten kolor, jeśli chodzi o meble i wnętrza. Wybrałam zwykłą farbę Śnieżkę taką do okien i futryn olejną. Ale wiem, ze jest specjalna do drewna i metalu. Brałam po prostu to co było w domu. Specjalnie nie zastanawiałam się co konkretnie. Teraz już wiem, że to błąd. Bo jeśli chodzi o meble do domu, a nie do altany czy ogrodu to lepiej wybrać specjalną farbę przeznaczoną do tego typu „przemalunków”.
Za nim pomalowałam trzeba było stary mebel „podrasować”. Było na nim sporo wad. Dlatego w ruch poszła szlifierka/bosh w celu wygładzenia powierzchni nierównego stolika.
Później mąż skręcił mi mebel. Oczywiście też szlifował. Naniosłam kilka poprawek (tylko ja malowałam) i stolik gotowy.
Z tego co wiem takie meble dobrze jest malować natryskowo czy jakoś tak to tam się nazywa. Wtedy mamy wszystkie równomiernie położone warstwy. Sama malowałam olejną 3 warstwy i wiem jakie to czasochłonne.
Sami widzicie, że taka przemiana nie trwa długo. Jeśli mamy na myśli jeden stoliczek i jedną rzecz do zrobienia, a nie tysiąc na raz.
Mimo to doczekałam się jego odnowy i jestem dumna. 
Teraz mogę zaprezentować Wam cały biały komplecik, jaki znajduje się w moim mieszkaniu (komoda, mały stolik pod lampką także malowany przeze mnie).
Zapewne, gdy będę się przeprowadzać meble staną się bardziej meblami ogrodowymi lub w pomieszczeniach gospodarczych, a niżeli salonowymi. 
Mimo to biel jest elegancją i w tej chwili oraz w tych warunkach, w których mieszkam źle nie wyglądają w pokoju dziennym.
Jedyną wadą, jaką zauważyłam na innych meblach pomalowanych taką farbą olejną jest po jakimś czasie żółknięcie. Szczególnie w takim miejsce gdzie stoi dana rzecz i przykrywa blat mebla. No cóż człowiek na błędach się uczy i mam nadzieję, że tej wady nie ma przy farbie specjalnej do drewna.
 Przed i po - Prawda, że róznica jest ogromna i na plus:)

Jestem ciekawa czy Wy lubicie dawać drugie życie nie tylko meblom, ale i innym rzeczom/gadżetom? Dla mnie to świetna sprawa, przyjemna zabawa i spędzanie czasu na świeżym powietrzu, a także nie marnowanie mebli. Co o tym myślicie? 

sobota, 16 sierpnia 2014

Isana, Sommerdusche Orange & Grapefriut

Mam serdecznie dosyć deszczu, u mnie ciągle pada. Jak przez chwilę jest słonko to za chwilę i tak deszcz i w dodatku burza...
Lato po woli się kończy, a ja chciałabym zatrzymać je jak najdłużej się da. Wiem, że to niemożliwe, ale przełożę to na kosmetyki.
Takim wspomnieniem będzie na pewno jeden z żeli Isany. O tym Lemo&mint to każdy będzie pamiętał. Ale dziś chcę napisać o innym także ładnie zapachowo żelu. Połączenie pomarańczy z grejpfrutem.
Opakowanie na 100% przypomni Wam o tym, że jest iście letnio, słoneczno. Wprost w promieniach słońca. 
O pięknej pomarańczowej konsystencji kojarzącej się z nadmorskimi zachodami słońca. Ale nie tylko takimi nad wodą. Także tymi w ciszy i spokoju, które widziałam z własnego ogrodu.
Soczyste nuty sprawiają przyjemną atmosferę podczas kąpieli. Nie wątpliwie umilą czas podczas wakacyjnych dni nawet tych mniej słonecznych.
Zapach jest słodki, owocowy, ale nie mdły, Lekko cierpkie nuty nie sprawiają, że jest mega słodko. Gdyż soczyste nuty cytrusów wprawiają nas w stan mocnego odświeżenia i totalnego obudzenia. Dając power na cały dzień. 

Żel spełnia swoje podstawowe zastosowanie dobrze oczyszcza skórę, zostawia na niej ładny, choć krótkotrwały zapach, nie wysusza mojej skóry. Ogólnie jest wspaniałym dodatkiem w pielęgnacji skóry podczas letnich upałów i nie tylko.

Cóż mogę Wam jeszcze napisać myślę, że to przekona Was do zakupu. Tym bardziej, że jest to limitowana edycja i warto już „zarzucić wędkę” na ten zapach. Spieszcie się!

Rewelacyjny zapach na lato. Wspaniały świeży, orzeźwiający, chociaż nie aż tak jak wspomniany wyżej mohito. Mimo to wart spróbowania.

Swoją butelkę kupiłam kilka tygodni temu. Miałam tę przyjemność dostać drugie opakowanie i bardzo się z tego powodu cieszę. Polubiłam ten zapach, a to jest ogromnie ważne.

Dla przypomnienia te żele są tanie jak barszcz. Jeśli ktoś chce się zdecydować to nie ma, co długo się zastanawiać 2,99zł lub 2,49zł w promocji to żaden pieniądz. Zachęcam do przełamania tej bariery, bo tanie to złe. A wcale nie! Przyjemnie Was zaskoczy. 

środa, 13 sierpnia 2014

Floslek, STOP, Płyn odstraszający owady i roll-on łagodzący po ukąszeniach owadów

Moskilex, Mosquiterium i wiele innych preparatów, które chronią przed atakiem komarów, meszek jest w mojej torebce. Niestety sami dobrze wiecie jak w tym roku gryzą komary. Mają chyba zdwojoną siłę kąsania, bo nie pamiętam, aby tak dokuczały nam w tamtym roku. Wykonując prace polowe, ogrodowe lub nawet wieczorny spacer jesteśmy skazani na ich nadmierne towarzystwo. Niestety te dwa preparaty nie wystarczają, owszem chronią, ale będąc cały dzień na dworze musiałam szukać czegoś jeszcze. Coś co bardziej wzmocni naszą ochronę. Ale chyba nie ma skutecznego środka, który by te zmutowane komary odgonił na cały dzień.
Mimo to sięgam po kolejny preparat tym razem jest to Floslek- Spray odstraszający owady. Firmę znacie ze strony kosmetycznej w pielęgnacji, a że nigdy mnie nie zawodzi i zawsze znajdę coś co świetnie się sprawdzi postanowiłam dać szansę ochronie przeciw owadom z serii STOP. 
Pierwszy podstawowy krok to odstraszanie owadów. Kto ma słodką krew ten wie, że ciężko je od siebie odgonić. Tym bardziej tego roku. Atakują z każdej strony. Ale nie tylko z tego powodu. Można siedzieć u znajomych na grillu, można bawić się nad wodą i także doświadczyć tych nie przyjemnych ukąszeń.
Preparat otrzymujemy w formie spray’u, choć wolałabym w aerozolu. Jakoś bardziej wolę takie formy aplikacji. Mimo to dobrze się aplikuje, choć kiedy szybko chcę to zrobić to nie mogę z nerwów „napsikać”. W spokoju przed wyjściem jakoś lepiej mi to wychodzi.

Spray ma lekko octowy smrodek. Nie powiem nie pachnie jakoś super, ale ma odstraszać komary. I to robi. Zapach jest krótkotrwały na ciele, ale skuteczny dla owadów. Na szczęscie nie dusi podczas aplikacji. Co wydarzyło mi się w Moskilex.

Kiedy w pobliżu spoconego ciała atakują komary rozpylam owy płyn, który skutecznie je odstrasza. W jednej chwili same się ulatniają i nie przeszkadzają w ogrodowych czynnościach.
Atakują nie tylko spocone ciało, ale i czyste umyte. Wiadomo nie ma różnicy. Ale przynajmniej wiem jak mam sobie z nimi radzić i chronić swoją skórę.
Spray stosujemy nie tylko na siebie dorosłych, można także stosować u dzieci powyżej 3 roku życia. Aplikuję 7latkowi i nie zaobserwowaliśmy żadnych reakcji alergicznych. Całe szczęście.

Jestem zadowolona z ochrony tego spray'u skutecznie odstrasza komary. Nie wiem jak inne owady meszki czy kleszcze. Na razie nie wybieram się do lasu, ani na grzyby lub w pobliże drzew typu leszczyny. Więc nie zaobserwowałam.
Jednakże na komary jest to świetnie działający płyn. Oczywiście aplikację trzeba powtarzać, aby czasem się nie zdziwić. Gdyż sama tego doświadczyłam. Pieląc swój ogródek po pierwszej aplikacji wpadłam w wir pracy. Owszem pogryzły mnie, ale już nie tak jak bez spray’u.

A gdy już nas pogryzą komary. Często doświadczam to w nocy, szczególnie gdy ma się otwarte okno -wtedy ratował mnie malutki spray dermophenazol. Jest to skuteczny spray, który łagodzi ukąszenia. Bardzo szybko się kończy. Stosowałam go kilka lat. Dlatego chciałam dać szansę innemu. I tym razem jest to także Floslek Łagodzący roll-on po ukąszeniu owadów. Nie spodziewałam się, że może tak dobrze działać. 
Forma aplikacji jest zupełnie inna niż dotychczase, do których byłam przyzwyczajona. Spray, aerozol, krem, lub żel. Tym razem to roll-on. Genialna forma aplikacji.
Roll-on ma żelową konsystencję, która jest przeźroczysta. Łatwo się aplikuje. Mieści się w malutkiej torebce, a nawet kieszeni.
Preparat ma ładny mentolowy zapach, który mogłabym wąchac i wąchać.
Preparat stosujemy punktowo na podrażnione miejsce po ukąszeniu przez komary. Można w każdej chwili wyciągnąć dyskretnie roll-on z torebki lub kieszenie, zaaplikować i wyrolować komary:P
Jego łagodzące działanie dostajemy dzięki oczarowi wirginijskiemu i rumiankowi.
Tuż po aplikacji natychmiastowo chłodzi i łagodzi ukąszone miejsce. Opuchlizna zmniejsza się, a zaczerwienienie miejsca szybko bledną.
Najbardziej cieszy mnie fakt, że gdy zaraz po ukąszeniu zastosuję roll-on to jakby ukąszenie wcale nie miało miejsca. Nic nie boli, nie swędzi. Po prostu nie wyobrażalne. Na początku sama testowałam roll-on, mąż się śmiał, że na pewno to od tak nie pomaga. Gdy zdrzemnął się przy otwartym oknie kazał szybko się czymś ratować, bo tak go pogryzły komary, że wszędzie go swędziało. Kazał sobie użyć roll-on’u i wtedy sam nie wierzył sobie, że tuż po aplikacji przestaje swędzieć. Wszystko zostaje załagodzone! Odczuł niesamowitą ulgę- produkt jest wart ceny.
Najlepsze jest to, że komar nie wraca w to samo miejsce. To dobra wiadomość, gdyż w jakiś sposób ten preparat chroni pogryzione miejsce.
Można także używać u dzieci powyżej 3 roku życia. 

W tej chwili wydać dobrze 10zł to tylko na roll-on! Polecam serdecznie. 
Nie pisze, że spray jest zły. Jest dobry, ale nie tak jak roll-on!

poniedziałek, 11 sierpnia 2014

Bell, Kremowa pomadka w kredce - Creamy &Shiny Lipstic Butter i 4 mat Eyeshadows- Wielokolorowy matowy cień do powiek

Kilka postów wstecz na zdjęciach z prezentacją podkładu w musie mogliście zobaczyć na ustach jakby koralowa pomadkę. A na oczach cienie. Dziś własnie skupimy się na tych dwóch kosmetykach.
Zaczniemy od pomadki w kremie, gdyż zauroczyła mnie. Zobaczcie czym.
Jak zwykle dostępnych jest kilka odcieni, a dokładnie 7. Ale ja pokażę Wam, tylko dwa.
 
Opakowanie jak widać to zwykła gruba kredka. Pod skuwką skrywa wysuwany gruby rysik. Przynajmniej nie trzeba temperować.


Aplikacja jest prosta wystarczy kilka razy nałożyć pomadkę. Jedna warstwa nie daje dobrego, praktycznie żadnego efektu. Musimy kilkanaście razy przejechać, aby uzyskać taki odcień jak ma sama kredka.

Konsystencja jest bardzo miękka, kremowa. Kredka sama sunie się po ustach jak po „maśle”. Wygodna aplikacja jest samą przyjemnością.

Pomadka ma cudowny zapach, a nawet smak. Jest słodki, owocowy. Bardzo przyjemny taki „słitaśny”.

Jak wspomniałam wyżej posiadam dwa odcienie. Pierwszy to:
03 – bardzo jasny delikatny róż, który do opalonej skóry wygląda bardzo dziwnie trochę nie zdrowo. Zbyt Barbie i nienaturalnie. Dlatego do bladych twarzy i dla tych kobiet, które nie lubią rzucać się w oczy jest zdecydowanie najlepszy. Mimo, że kolor bardzo mi się podoba, na moich ustach z całokształtem wygląda niezbyt ciekawie. Zobaczcie same, że na zdjęciu z samymi ustami wygląda ładnie i pewnie większość z Was stwierdzi, że mi pasuje. Na zdjęciu z całą twarzą i makijażem już nie jest tym co chciałabym widzieć. Chociaż i tak wybrałam najładniejsze foto. 03 to sztuczny efekt na moich ustach;/
07- to zdecydowanie mój kolor! Jest taki koralowy. Idealny na lato. Świetnie współgra z opaloną skórą. Nie jest to mocny, intensywny odcień, a taki stonowany. Co stwarza, że idealnie pasuje na co dzień. Ogromnie mi się podoba. I zdecydowanie ładniej pasuje mi niż 03. 
Pomadka w kredce skradła moje serce przede wszystkim przez swoją kremową, miękką konsystencję, która sama idealnie się sunie. Nadając ustom lśniącego, zdrowego połysku i koloru. A przede wszystkim usta są nawilżone. Suche skórki są wygładzone. Borykam się z problemem wysuszających się ust przez większość szminek. A ta zapewnia mi optymalne nawilżenie.
Dodatkowo usta są zmiękczone, nie kleją się, ani nie lepią. A schludnie wyglądają.

Nie będę ukrywać, że odcień koloru także gra dużą rolę. W tym przypadku 07 - koral jest idealny na tę porę roku. Stał się moim numerem jeden w te wakacje. Przy okazji ten cudowny zapach sprawia, że chętnie ją noszę.
Wiadomo kredka jest tylko jakby lekką formą błyszczyka, bez mocnego błyszczenia się i klejenia. Więc trwałością jest blisko niemu. Tak do 2 godzin jest w stanie wytrzymać. Bez jedzenia i picia. Przy piciu czy spożywaniu jakiegokolwiek posiłku zostaje wszędzie na ciastku, kanapce, filiżance, łyżeczce. Gdzie się tylko da, gdzie dotkną usta. Więc całowanie się w niej całkowicie odpada.
Dodam jeszcze, że pomadka całe szczęście schodzi równomiernie. Co jest ogromnym plusem.
Mimo to przy pilnowaniu się, poprawianiu jestem na ogromne tak.
Pomadka w kredce kosztuje ok.15zł 
4 mat Eyeshadows- Wielokolorowy matowy cień do powiek
Odnośnie cieni zamknięte są w grubym kwadratowym plastiku, który zachwycił mnie swoim otwieraniem. Kojarzy mi się z otwieraniem lusterka. Ten zatrzask chyba to powoduje.
Kwadratowe opakowanie skrywa 4 stonowane, bardzo delikatne odcienie. W różowej tonacji z nutą ciemnego fioletu, beżu i różu. Po zmieszaniu na powiekach wydają się jakby wpadały w brąz. Sama posiadam odcień nr 01, a dostępnych jest 6. 
Są to matowe cienie i nie pozostawiają na powiekach błysku.
Konsystencja jest bardzo mięciutka, jakby kremowa, lekko mokrawa.

Matowe cienie do powiek nadają się idealnie na co dzień. Przez swoją delikatną pigmentację nie zawracają zbytnio na siebie uwagi. Idealne są dla osób, które zaczynają swoją przygodę z makijażem lub nie lubią mocnego make-up. A naturalny, delikatny, dziewczęcy look. Nikomu nie zaszkodzi, a wręcz przeciwnie podkreśli lekko oczy. 
Mimo subtelnej pigmentacji trwałość zadziwia. Wytrzymują bardzo długo na powiekach. Nie rolują się szybko.
Do szybkiego, codziennego makijażu są w sam raz.

Cienie kosztują ok.17zł

Aż jestem ciekawa czy podzielacie zdanie na temat pomadki w kredce? Prawda, że rewelacyjnie się prezentuje?

*na wszystkich zdjęciach w makijażu ukazane zostały kosmetyki Bell (podkład, pomadka w kredce, cienie)

niedziela, 10 sierpnia 2014

Linda, Mydło kuchenne w płynie

Jakiś czas temu, a dokładniej przed wakacjami przez przypadek na zakupach w Biedronce do wózka trafiło mdło kuchenne w płynie do mycia rąk. Wprawdzie to moje drugie opakowanie, bo pierwsze szybko zużyliśmy nawet nie robiąc zdjęć. Pomyślałam sobie, że to zapewne zwykłe mydło, więc, po co się nad nim rozczulać, robiąc zdjęcia, a tym bardziej pisząc opinie. A to wielki błąd, gdyż mydło okazało się lepsze od tego normalnego kremowego do mycia. 
Opakowanie przeźroczyste mieści 500ml delikatnie półtransparentnego różowego mydła. Pompka działa bardzo dobrze, nie zacina się.
Przyjemna pół gęsta konsystencja lekko się pieni, świetnie spłukuje. 
Zapach bardzo ładny delikatny, ale wyczuwalny na dłoniach. Mocna nuta grejpfruta. Coraz częściej w mojej łazience ten owoc gości w kosmetykach. Świeży, rześki zapach jest przyjemnym doznaniem latem. 
Czym się różni mydło kuchenne od tego normalnego mydła do mycia to pewnie już wiecie, że zastosowaniem między dwoma pomieszczeniami. Ale nie to waży na decyzji. Chodzi o zupełnie lepszą skuteczność oczyszczani dłoni przed brzydkim zapachem nie tylko po myciu naczyń z tłuszczu, cebuli czy czosnku. Jest także świetnym oczyszczeniem po brzydkim zapachu z sierści psa. I tutaj tradycyjne kremowe mydło Lindy nie do końca daje radę. W zależności od mocy brzydkiego zapachu jest jednak za słabe. A to w zupełności wystarcza, aby całkowicie zlikwidować ten brzydki zapach. I to najbardziej mnie zachwyciło w tym mydle. Niby nic, a jednak.
Co lepsze ta moc zapachu zostaje dłużej na dłoniach niż po kremowym. Dlatego bez zastanowienia mydło kuchenne stoi na szafce przy umywalce w łazience. Zresztą co szkodzi. Mydło to mydło. Nie ważne jak zastosujemy. Ważne, że działa.

Mam nadzieję, że mydło zagości na stałe w ofercie Biedronki, gdyż te mydła nie stoją tam gdzie wszystkie kosmetyki. Znajdziecie je w koszach za 2,99zł.
Za tę cenę warto spróbować, gdyż nie stracicie dużo, a możecie zyskać wiele.

Jeśli chodzi Wam o zlikwidowanie brzydkiego zapachu nie tylko po kuchennych czynnościach to na pewno będziecie zadowolone. 

czwartek, 7 sierpnia 2014

Bell, BB Multi Mousse - Podkład w musie

Odkąd używam CC cream smart Bell nie zdradzam go z innymi firmami. Ogromnie przypasował mi swoją konsystencją, odcieniem, trwałością i wykończeniem. Dlatego nie poszukuję nic innego. Zresztą wiele razy to podkreślam i podkreśłałam. Czwarte opakowanie mówi samo za siebie. Choć nowości Bell zawsze są u mnie mile widziane i spróbować coś w podobnym odcieniu zawsze warto. Tym bardziej, jeśli chodzi o podkład. Ale nie zwykły podkład tylko w musie.
Dawno nie miałam podkładu o takiej zbitej w opakowaniu, ale delikatniej konsystencji i ciężko było mi się przestawić z płynnego. Jak zawsze jest to tylko kwestia przyzwyczajenia. Wszystko da się opanować. 
Mus zamknięto w małym okrągłym plastikowym opakowaniu z zakrętką. Posiada nie typową wagę. Nie jak zazwyczaj 30 lub 50 ml, a tylko 13g. Wcale mi to nie przeszkadza. Mimo to nie odczułam na razie na wydajności. Zobaczymy pod koniec miesiąca. Na pewno znajdzie się w ulubieńcach. I wtedy wspomnę czy już widać dno czy nie. 
Konsystencja jest zbita w opakowaniu, ale po dotknięciu jej palcem jest miękka i puszysta jak serek:P (Śmieję się). Ale serio jest przyjemna w dotyku. Bardzo lekka.
Mus aplikuję palcami, próbowałam także gąbeczką (jajeczkiem z Syis) i zdecydowanie palce wygrywają. Łatwiej rozprowadzają mus, który pod wpływem ciepła zdecydowanie lepiej rozpuszcza się na skórze. Zawsze robię to czystymi palcami, więc nie obawiam się żadnych zarazków. Lekko wklepuję miejsca, które potrzebują większego krycia i jest idealnie. 
Posiadam odcień najjaśniejszy, 01 beige. I faktycznie jest to jasny odcień. W tej chwili na mocno opalonej skórze widać, że jest jasny i będzie pasował nawet zimą. Zdecydowanie bladolice kobiety mogą śmiało wybierać ten odcień. Ja do takich należę i nie narzekam.
Dla porówniania CC Cream też Bell. 
BB Multi Mousse to wielozadaniowy podkład w musie 7w1. Ma za zadanie jednocześnie matować, kryć, dawać lekkie wykończenie, nie zatykać porów, chronić skórę przed słońcem, dopasować się do skóry i mieć beztłuszczową formułę. Ale czy to wszystko prawda? Zazwyczaj jak coś jest do wielu jest do niczego. Ale tego o tym produkcie nie mogę powiedzieć. Sprawdza się! Zobaczcie, dlaczego?

Po pierwsze ma świetny jasny odcień (o dziwo!- jak tylko na dwa dostępne z tej serii), który faktycznie dopasowuje się do skóry. Ujednolica jej wygląd, nadając zdrowy, naturalny wygląd. Przecież zawsze oto nam chodzi. O naturalny look. Odcień nie ciemnieje w ciągu dnia, a z chwilą nałożenia musu wtapia się w nią. Nie powodując maski. 
Po drugie świetna lekka konsystencja, łatwo rozprowadzająca się. Dobrze współpracująca z palcami. Nadające pudrowe wykończenie.

Po trzecie bardzo dobrze kryje. Zdecydowanie lepiej niż CC smart. Radzi sobie idealnie z zaczerwienieniami, drobnymi plamkami. Ciemniejsze miejsca jak przebarwienia są jaśniejsze, ale widoczne. Wtedy aplikuję punktowo mus i już tak nie widać. 
Po czwarte faktycznie matuje. Skóra się nie błyszczy, nie świeci. Niektóre podkłady nasilają ten stan lub dają efekt lekkiego błysku. Tutaj nic takiego miejsca nie ma. Mimo to, że nie potrzebuję matu to odczuwam dosyć mocno ten efekt. Osoby poszukujące czegoś z matem powinny być zadowolone.

Po piąte rewelacyjna trwałość. Nie okłamię Was jak napiszę, że cały dzień makijaż jest bez naruszenia. Nawet teraz, kiedy były te upały. W sumie to przez ten czas był testowany na najwyższych obrotach. Przez ostatnie dwa dni pogoda nieco się zmieniła i u mnie nie było tak mega gorąco to także trzyma się świetnie. Co ogromnie mnie cieszy, że nie ściera się tak szybko, a trzyma cały dzień od 7.00 do 18.00 – bez poprawek. Wynik rewelacyjny

Po szóste mus posiada filtr. Mały, bo mały tylko 15 spf. Ale jednak coś i cieszyć się trzeba. W CC smart nie ma żadnej cyfry, a idealnie wytrzymuje na słońcu. Znaczy skóra nie opala się tak szybko.

Po siódme, a powinno być po pierwsze, gdyż jest najważniejsze. Nie zatyka porów! Jak cudownie to napisać. Śmiało mogę go używać bez obawy przed niechcianymi podskórnymi bąblami lub ropnymi gośćmi. Nie podrażnił mnie, ani też nie uczulił. Wszystko w najlepszym porządku.

Jedynym minusem, (ale to tylko przy skórach suchych lub wcale) jest podkreślanie suchych skórek. Skóra musi być dobrze nawilżona, inaczej będzie to podkreślał. Jak się zapanuje nad tym będzie to prawie idealny podkład. 
W rezultacie otrzymujemy naturalny, zdrowy look. Z bardzo dobrym kryciem, matem i pudrowym wykończeniem. Wraz ze świetną lekką konsystencją jest dla mnie doskonałym kosmetykiem do makijażu.
Oczywiście na wszystkich fotkach na twarzy mam BB multi. Zresztą praktycznie cały makijaz wykonany jest kosmetykami Bell. O tej wspaniałej pomadce także Bell napiszę Wam wkrótce.
Jeśli polubiliście BB skin adapt lub CC cream smart to ten także Wam przypasuje! 

Dostępny jest w dwóch wersjach dla cery jasnej (01-beige) i ciemnej (02-sunny). Za ok.25zł
I jak skusiłam Was?

środa, 6 sierpnia 2014

Delawell, Zmysłowy olejek do masażu

Mimo, że to nie pora na wylegiwanie się w wannie, a na szybki prysznic. Zachęcam do używania olejków. I choć dzisiejszy olejek sugeruje masaż ciała. Sama używam go do kąpieli, ponieważ dla mnie jest wielofunkcyjny.  

Olejek zamknięty jest w małej okrągłej butelce. Mały otwór sprawia, że nie wyleje się nam duża ilość produktu. Zresztą wystarczy mała ilość, co odbija się na wydajności produktu. 

Konsystencja jak przystało na olejek jest tłusta. Stosując wg przeznaczenia, czyli do masażu wystarczy odrobina, aby masaż był wygodniejszy i precyzyjny. Natomiast do kąpieli dolewam troszkę więcej. Nawet latem opalona skóra potrzebuje dawki zregenerowania i nawilżenia. Dlatego warto, choć raz w tygodniu w chłodniejszy dzień odprężyć się w ten sposób. Olejek nie tłuści mocno skóry, a zostawia delikatną powłokę na niej. Nie klei się, ani nie lepi. To jest plus. 
Ma przepiękny słodki, owocowy zapach, który nie jest nachalny, intensywny, a bardziej subtelny. Ale wyczuwalny.

Zmysłowy olejek można stosować na wiele sposobów. Pierwszy jak na etykiecie do masażu. Mało, kiedy stosuję, ale jak już mąż znajdzie chwilę to taki produkt jest skarbem w domu. Można masować bez końca. Podoba mi się, że nie tłuści mocno skóry, a zostawia przyjemną miękką powłokę. Skóra jest zrelaksowana, wygładzona, miła w dotyku.
Drugi sposób, który częściej stosuję z tym olejkiem to do kąpieli. Nie ma nic lepszego jak po ciężkim dniu poleżeć w wannie. Genialnie zmiękcza skórę, nawilża ją i zostawia subtelny zapach na niej.
Po takiej kąpieli zregenerowany naskórek odwdzięczy się nam przyjemną skórę. A dla leniuchów, którzy nie lubią balsamować ciała dobra wiaodmość. Nie trzeba dodatkowo jej nawilżać. Takie 2 w1.
Producent proponuje stosować także osobno do kąpieli stóp i dłoni. Ale jako, że stosuję do kąpieli całego ciała to nie będę się rozdrabiać na części:P Zapewne odczuję to samo. Ewentualnie na szybko. To wtedy owszem.

Olejek w sklepie Delawell kosztuje 25zł/120ml. Może i dużo, ale przy wydajności do stosowania na sam masaż starczy nam na rok. Więcej go idzie przy używaniu do kąpieli, wtedy wydajnośc mocno spada. 


Lubicie olejki do kąpieli?

wtorek, 5 sierpnia 2014

Lirene, Balsam Rubin Charm

Lato ma to do siebie, że chcąc nie chcąc zawsze się opalę. Oczywiście twarz chronię jak mogę najbardziej. Mimo to i tak gdzieś lekko nabierze brązowego koloru. Ale dziś nie skupimy się na twarzy, a bardziej na ciele, a jeszcze bliżej to na nogach. Nie ma nic lepszego jak ślicznie brązowa połyskująca skóra latem. Jak to zrobić? Wystarczy założyć ogród i go pielęgnować hehe:D żartuję! Ale właśnie dzięki tej mojej pasji mam mocno opaloną skórę, szczególnie nogi, ręce i plecy. Ale najbardziej zależy mi na nogach. Są chude, więc uwielbiam je eksponować.
Aby je podkreślić stosuję Rubin charm. A co to takiego? To świetny balsam do ciała, który zostawia na ciele srebrną, błyszczącą powłokę.
Balsam dostajemy w 200ml opakowaniu, który stoi na głowie. Łatwo wydobywa się i stosuje.
Posiada piękną fuksjową gęstą konsystencję, w której właśnie zatopione srebrne malutkie połyskujące drobinki.
Jest jeszcze wersja z złotem i ta bardziej mi odpowiada do brązowego ciała.
Trzeba nakładać małą ilość, aby balsam na ciele nie kleił się. Inaczej będzie to efekt nie do zniesienia.
Balsam posiada śliczny słodki, owocowy zapach. Bardzo perfumowany, ale przyjemny dla nosa. Choć intensywnie mocny.
Rubin charm to balsam, który tylko pomaga w eksponowaniu pięknego, brązowego ciała. Niestety nie posiada żadnych właściwości nawilżających, ani tym bardziej odżywczych. Jest dodatkiem w upiększaniu ciała latem nic więcej. Mimo to ładnie podkreśla opaleniznę.
Wystarczy odrobina, aby na całym ciele lub miejscu gdzie chcemy go użyć został srebrny shimmer. Dlatego warto nie przesadzać z ilością, gdyż jak wspomniałam wyżej może się nie przyjemnie kleić, co jest niewskazane w upalne lato. Mała ilość jak same wiemy daje lepszy efekt.
Shimmer na ciele utrzymuje się dosyć długo. Czasem aż za długo co skutkuje drobinkami na innych częściach ciała, a nawet na ubraniach. Ciężko go także zmyć z rąk.
Mimo to wygląda jak biżuteria. Pięknie się mieni i przyciąga uwagę. 

Cóż mogę więcej dodać. Jeśli podoba się Wam taki efekt i tylko tego oczekujecie to jak najbardziej wart spróbowania. W cenie ok.16zł
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...