piątek, 17 kwietnia 2015

Farmona, Lets Celebrate, Kremowy peeling myjacy Pinacolada i Sunrise



Dziś o kolejnym duecie, tym razem bardzo przyjemnym nie tylko zapachem, ale i działaniem.
O serii Lets Celebrate wspominałam kilka postów wstecz. Żurawinowy zapach całkowicie mną zawładną. Tym razem do czynienia mam z ananasem i kokosem oraz pomarańczą i owocem granatu.
Niby z opisu na etykiecie można wywnioskować, że mamy styczność z tym samym kosmetykiem, tylko o innym zapachu. Tutaj można się zdziwić, bo są to dwa różne produkty, które totalnie się różnią. W dodatku jeden jest mocny działaniem, a drugi średni. Pewnie jesteście ciekawi, który to. Nie przedłużając sami zobaczcie.


Kremowy peeling myjący Pinacolada (ananas i kokos)
Duża butelka z klapką (dostępna także mała wersja jak niżej), w której otrzymujemy 250ml mętnego, szarego kremowego, pól gęstego (ni rzadkiego, niż gęstego) żelu. W którym dodatkowo zatopione są pomarańczowe średnio twarde drobinki peelignujące. Żel dobrze się pieni, przez co wytwarza nawet całkiem fajną pianę.
Peeling nie zostawia tłustej warstwy.
Kosmetyk ma ładny słodko, owocowy zapach,(troszkę za mdły), w którym na pierwszy plan wysuwa się o dziwo kokos, w później w oddali czuć ananas. Bardzo przyjemny, świeży zapach. Dla fanek kokosa na pewno będzie spełnieniem, choć nie jest tak intensywny, tak mocny jak żurawina czy pomarańcza. Mimo to miły dla nosa i nie ma z mojej strony tak wielkiego zachwytu. Ładny i tyle.

Peeling o zapachu Pinacolady jest stanowczo za słaby jak na peeling. Jestem przyzwyczajona do peelingów myjących tych silniejszych, a chociażby ten drugi spełnia moje oczekiwania. Ale od czasu do czasu lżejsza wersja nie jest zła. Wszystko przez delikatne drobinki, które za subtelnie masują. Są za słabe. Przez co peeling staje się takim prawdziwych peelingiem myjącym, który zastępuje raczej kremowy żel. Mimo wszystko także lubię takie produkty, ale tylko wtedy, gdy mam do wyboru 2-3 inne. Bo jeśli chodziłoby mi przy zakupie o dobrą, skuteczną formę peelingu tutaj jest stanowczo za subtelny. Jakby nie patrzeć każdy ma inne potrzeby i lubi różne „myjadła”. Nie skreślam go, bo tez takie lubię. I producent sam zapewnia nas o myjącym działaniu. I jako żel sprawdza się świetnie. Dobrze myje, oczyszcza, odświeża, przyjemnie pachnie i nie podrażnia. Żadnych dodatkowych właściwości nawilżających nie ma, ale nie wysusza. Zresztą od nawilżania są balsamy:)
Natomiast Sunrise to mała (dostępna także duża wersja, taka jak wyżej) wersja miniaturka 100ml także kremowego peelingu myjącego. Z tym, że różni się konsystencją. Jest to pomarańczowy, gęsty żel, a w nim zatopione są czerwone bardzo mocne, ostre drobinki.
Zapach jest świetny. Mocny, intensywny. Bardzo soczysty, świeży, owocowy, w prawdzie jadalny, gdyż jest z pomarańczy i owocu granatu. Zero chemii, czysty, cytrusowo- słodki zapach, który pobudza zmysły. Szczególnie smaku, bo aż ślinka leci podczas stosowania. I w miarę długotrwały.

Sunrise (pomarancza i owoce granatu) to zdecydowanie przeciwieństwo Pinacolady. Na nim można lepiej polegać. Przede wszystkim wyróżnia go intensywniejszy zapach, oraz silniejsze działanie peelingujace. I tutaj mamy do czynienia z lepszym efektem. Skóra zdecydowanie jest bardziej ścierana, martwy naskórek usunięty. Gładkość i miękkość skóry szybko odczuwana.
Fanki mocniejszych działań powinny być zadowolone. Śmiało mogę go zaliczyć do tej grupy.
Jakie to zaskakujące, praktycznie ten sam produkt (choć różni się zapachem), ale jednak różni się działaniem. Miłe zaskoczenie, prawda?
W tym przypadku także produkt nie podraznia. Nie wysusza skóry, ale także nie nawilża jej.

Oba produkty przypadły mi do gustu. Pinacolada typowa jak żel, a Sunrise peeling z prawie prawdziwego zdarzenia. W miarę waszych potrzeb produkty godne zwrócenia uwagi. Tym bardziej, że zapachy są fenomenalne. Ale nadal na pierwszym miejscu jest żurawina, tuż za nią sunrise. Testuję dalej i nie długo opowiem wam o mojito.

Peeling w opakowaniu 250ml dostaniecie np. w sklepiku Farmony cenie ok.12,50zł, natomiast 100ml w ok.5,80zł

Do końca miesiąca można, a nawet trzeba wziąć udział w konkursie, gdzie nagrodami sa produkty Farmony, Lets Celebrate  http://www.letscelebrate.eu/#!sunrise/c15u

Co myślicie o tych zapachach? Przypadły by Wam do gustu, czy już się z nimi zapoznaliście?

czwartek, 16 kwietnia 2015

Lirene, Wybielanie, Tonik 3w1 i żel myjący+peeling+ maska 3w1



Gdy z czasem pojawiają się pierwsze przebarwienia nie robimy zazwyczaj żadnych większych kroków, gdy jednak przychodzi (co lato i po kuracjach z kwasami) ich więcej staramy się temu zapobiec. Wizyty u kosmetyczki są kosztowne to skłaniamy się ku kosmetykom. Niestety nie wszystkie temu zapobiegają. A tak po za tym to zastanawiam się czy jakiekolwiek pomagają?
Dziś o duecie wybielającym,  ale czy faktycznie skutecznym? Zobaczcie sami.
Tonik otrzymujemy w 200ml tradycyjnym dla Lirene opakowaniu.
Płyn jest przeźroczysty. Nie lepi się, ani nie jest tłusty.
Zapach bardzo mocny, intensywny, cytrusowy. Śliczny, choć może powodować podrażenie.

Tonik 3w1 to nic innego jak zwykły tonik. Nie ma dużo wspólnego z wybielaniem. W każdym bądź razie u mnie tego efektu nie ma. Wiązałam z nim duże nadzieje. Spodziewałam się choć takiego małe, minimalnego, a jednak widocznego efektu rozświetlania, wybielenia, a chociażby wyrównania kolorytu skóry. Niestety nic takiego nie miało miejsca. A szkoda.
Tonik nadaje się raczej do codziennego przemywania twarzy i tylko tak można go zużyć. W celu odświeżenia, lekkiego oczyszczenia i tonizowania.
Ma też jedną dużą wadę, co pewnie wiele osób zwróci na to uwagę. A mianowicie intensywny zapach cytrusów, który owszem ładny jest, ale może niektórych podrażniać. U mnie różnie z tym bywa. Czasem mnie pali skóra po nim, a  czasem nie. Nie wiem dokładnie od czego to zależy.
Dobrze oczyszcza twarz z demakijażu, choć znam lepsze. Jest bardziej takim tonikiem niż samym produktem do demakijażu.
Producent zapewnia nas o zmniejszeniu widoczności porów, ale to ma się nijak do rzeczywistości. Oczyszczenie owszem jest, ale w stopniu dobrym i tyle.
Skóra po toniku jak wspomniałam wyżej róznie się zachowuje jak mnie piecze, a raz nie. Mimo wszystko oczyszcza i tonizuje ją. Nie wysusza. I jeśli szukacie takiego tonizującego kosmetyku to się sprawdzi. Na wiele wybielenie czy rozjaśnienie nie liczcie, gdyż tutaj może zawieść. Choć czasem każda skóra inaczej przyjmuje kosmetyki i produkt zaskakuje:)
Natomiast żel myjący (75ml) to także produkt 3w1. Może być stosowany jako żel, peeling lub maska. Stosowałam na dwa sposoby jako żel i peeling. Ale dla mnie to bardziej peeling.
Konsystencja jest biała, kremowa, a w niej zatopione są niebieskie drobinki, kuleczki, które masują skórę. Stosowany jako peeling po nim zostawia na skórze tłustawy film. Oczywiście go zmywam, choć jak zauważyłam nie do końca to wystarcza.
Zapach jest także cytrusowy, jak przy toniku.
Przypasował mi stosowany w wersji peeling, ale mimo to nie jest to czego oczekiwałam. Nałożony na twarz zmiękcza skórę, lekko oczyszcza, odświeża. Ale rozjaśnień w dalszym ciągu nie zauważyłam. Może za mało go stosowałam, gdyż przy okazji dorobiłam się nowym pryszczy i ropnych grudek. Tylko nie piszcie mi, że tak ma wyglądać oczyszczanie. Bo dobrze znam już swoją cerę i wiem, że jak się tak dzieje, to nie dzieje się dobrze. Musiałam go odstawić. Skóra wróciła do normy i to przekonało mnie, że produkt źle działał na moją skórę.
Stosowany jako żel ciężko się rozprowadza, bo jednak konsystencja jest kremowa i nie bardzo jest to wygodne. 

A tak na marginesie to teraz zaprzestałam używac tonika w obawie przed słońcem, które może wywołać nowe przebarwienia przez kwas migdałowy zawarty w nim. Nie wiem czy dobrze myślę, ale tak zapobiegawczo warto nakładac krem z wyższym faktorem.

Z przykrością muszę stwierdzić, że duet niczego dobrego nie wniósł do mojej pielęgnacji. Tonik jako tako z blaku laku przyda się, a pseudo żel, czyli peeling totalnie się nie sprawdził. Wiązałam z kosmetykami na wybielanie duże nadzieje w celu rozświetlenia i wyrównania kolorytu skóry, niestety nie przyniosło to żadnych rezultatów. Albo za słabe mają proporcje składników na moje potrzeby, albo ogólnie są słabe. Ciężko wyczuć.

Produkty można dostać w cenie ok.17zł

poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Floslek, Cellu Off i Lipo detox



Nie od dziś wiadomo, że gdy przychodzi wiosna, każdy chce wyglądać fit. Zrzucić balast po zimie to marzenie każdego, nawet mężczyzn. Z pomocą przychodzą różne firmy, ale czy wszystkie są takie same, skuteczne? Tego się ode mnie dziś nie dowiecie.
Sklepowe półki uginają się od kosmetyków, produktów z nazwą Slim, tylko, który wybrać? Tę decyzję także Wam pozostawiam.
Są olejki, kremy, żele, serum itd. Wszystko, co chcemy, w zasięgu ręki.
Wiadomo same kosmetyki nie zdziałają cudów i nie zrobią za Waszej figury idealnej. Ale przy odpowiedniej diecie i ruchu możemy się nimi wspomóc. Co czasem może mieć korzystny wpływ, więc warto nawet tak zadbać o skórę w ten sposób.

Dziś chciałabym Wam przedstawić dwa produkty Floslek z nowej serii SLim Line- Twój program modelowania ciała Cell Off i Lipo detox.

Nowe opakowania bardzo mnie zaskoczyły, gdyż nie do końca kojarzą się z dotychczasowym wyglądem dla Floslek. Jest to pozytywne zaskoczenie. Bardzo mi się podobają. Są łatwe w obsłudze. Miękka tubka stojąca na głowie, która umożliwia spływanie kosmetyku zdecydowanie ułatwia współpracę podczas używania.

Testowanie zaczęłam od serum LipoDetox, więc od niego zacznę.
Serum (lipodetox) to nic innego jak przeźroczysty, mętny, lekko różow0-brudnawy żel. Jego konsystencja jest żelowata, płynna. Dobrze się rozprowadza, ale nie należy przesadzać z jego ilością, gdyż dłużej się wchłania. A co za tym idzie? Klejenie się i lepienie. Więc warto wziąć dwa razy niż raz konkretnie.
Natomiast krem (CelluOff) jest przeciwieństwem serum. Jak przystało na krem jest on biały, lekki, ale nie tak kremowy jakby się mogło zdawać. Lepiej i szybciej się wchłania. Nie zostawia białych nalotów na ubraniu.
Co istotne oba produkty nie są z tego typu kosmetyków Eveline, czyli te które zostawiały zimny lub ciepły efekt na ciele. Nic takiego nie ma i chwała im za to. Można używać o każdej porze roku. Doskonale wiem, że wiele osób zwraca na to uwagę.

Zapach w obu kosmetykach jest ten sam. Piękny słodki, kwiatowy, z nutą świeżości. Mimo wszystko przy serum jest bardziej intensywniejszy. Bardzo mi się podoba. Przyjemnie pachnie. Nie jest długotrwały, więc nie uprzykrza się.
Cellu Off wg producenta to nic innego jak preparat do likwidacji cellulitu. Jak się domyślacie nie usunął go całkowicie, a może i wcale. Choć zauważyłam inne zalety tego produktu. Na pewno pomaga w duecie z ruchem, ćwiczeniami pozbyć się niechcianych cm. Nie ma tego dużo, bo do 2cm w porywach. Ale zawsze to coś na dobry początek. Choć w tej kwestii chyba bardziej ruch spowodował spadek cm i kg, a niżeli ten krem. Jemu przypisuję inne zasługi, a mianowicie. Delikatne nawilżenie, zdecydowanie lepiej niż przy Lipodetox, gdyż tam nie ma za dużo tego. Ujędrnia, lekko uelastycznia i delikatnie wygładza skórę. Na dobry początek w walce z nadwagą i cellulitem jest ok.
Lipodetox jak zaznaczyłam wyżej to intensywne serum antycellulit. Także wyszczupla, wygładza skórę, uelastycznia i lekko napina. Niestety nie nawilża. Przez co czuję mały dyskomfort. Skóra na drugi dzień woła o pomoc, chce nawilżenia. Mimo iż jest napięta nie ma tej wyczuwalnej miękkości i gładkości. Wygładzenie owszem jest, ale jakieś takie tępe. Co nie do końca mi pasuje. Bardziej z nim wiązałam nadzieję, na lepszą poprawę, lepszą aplikację. Konsystencja żelu bardziej mi pasowała, choć nie do końca spełniła moje oczekiwania.

Oba produkty dedykowane są dla osób w każdym wieku i do każdego rodzaju skóry. Na pewno nikomu nie zaszkodzą. Niczym szczególnym nie róznią się od nich tego typu kosmetyków. Jedynie brakiem efektu ciepła lub zimna. I tym, że są troszkę droższe.
Z tym, że przy stosowaniu tylko serum jak wspomniałam wyżej odczujecie mały dyskomfort, który odpowiada za brak dobrego nawilżenia. Stosowanie ich razem nie bardzo idzie w parze, gdyż serum jest bardziej płynne i lepkie. A nałożone na krem wchłania się wieki. Przez co klei się niesamowicie. Tak źle i tak nie dobrze.

Z tych obu produktów najbardziej pasuje mi CelluOff. Krem to dobra inwestycja, łatwa aplikacja i lepsze samopoczucie z nim na ciele. Chociaż cena nie jest niska, bo aż 39,99zł/ 200ml. Natomiast serum to koszt rzędu, aż 45,99zł/200ml. Chyba jednak warto zaczekać na wielką promocję.

piątek, 10 kwietnia 2015

Bell, Secretale, Lip Lacquer, Deep colour&long lasting



Seria Secretale Bell co rusz bardzo się poszerza. Tym razem zaprezentuję Wam dwa błyszczyki.
Jeden bardzo mi przypasował, a drugi totalnie mnie rozczarował. Zobaczcie, o którym jest mowa.
Opakowanie: Bardzo ładne, kwadratowe. Typowe dla Bell.
Aplikator z miękką, skośną gąbeczką.
Odcień: 04 i 05.
04 to piękny, wiosenno-letni koral. Bardzo mi się podoba. Od razu przypadł mi do gustu.
Natomiast 05 istna Barbi. Róż bardzo mocny, intensywny, aż sztuczny. Nie dla mnie. W dodatku jakby ważył się, co nie ładnie, nie estetycznie wygląda. Spodziewałam się pięknej fuksji, a tym czasem jest jaskrawy brzydki róż. Mi osobiście się nie podoba, choć mam świadomośc tego, że innym kobietom pasuje. Dlatego tutaj nie musicie sugerować się moim zdaniem.
Konsystencja: Lepka, ciągnąca się, kremowa.
Konsystencja błyszczyków jest typowa dla nich. Na ustach kleją się i lepią do włosów. Szczególnie odczułam to przy używaniu ich, podczas, kiedy szalał wiatr. Włosy fruwały wszędzie i dotykały błyszczyka, a później twarzy. Musiałam ostro się pilnować. Z tym, że trzeba nosić przy sobie lusterko, bo jak widzicie nie są to transparentne błyszczyki, a raczej o żywych, intensywnych, wręcz neonowych kolorach, które magicznie przyciągają uwagę. W jednej chwili (zależy, przy którym odcieniu) jest to bardzo wskazane, a w drugiej nie zbyt korzystne.

Trwałość:
Do trzech godzin. Z tym, że lubi się rozlać po za kontur ust i potrzeba koniecznie pilnować się i mieć przy sobie lusterko w razie poprawek.

Kolory bardzo mi się spodobały, paleta bodajże 6 odcieni to ciepłe, letnie barwy, które na pewno skuszą nie jedną kobietę. Istne neony na lato.
Efekt, jaki zostawiają, szczególnie koral jest piękny, ale gdy nie będzie szalał wiatr, a włosy będą związane lub mocno pilnowane to można nad nim zapanować.
Piękna błyszcząca, jedwabista tafla, która tworzy na ustach niebywały look. Niekiedy wygląda jak zwykła półmatowa pomadka, ale zdecydowanie się błyszczy.
No cóż szału z nich nie będzie. Uwielbiam Bell, ale mają lepsze kosmetyki do ust. Te błyszczyki w zależności od odcienia bardzo się różnią i trzeba wziąć to sobie do serca przy ich wyborze.

środa, 8 kwietnia 2015

Timotei, Jericho Rose, Shine recharge, Lsniacy blask, Szampon i odżywka



Pielęgnacja ciała i włosów to stały punkt na moim blogu. Zapewne zauważyliście, że jest tego więcej, a niżeli kosmetyków kolorowych. Mimo to, nie narzekam. Kolorówka trochę dłużej zajmuje mi czasu na zużycie, a nowy żel, czy szampon im szybciej się znudzi czy zużyje, tym pojawi się nowy. Taka zasada:) Dlatego witamy kolejny szampon i odżywkę do włosów.

Timotei zawsze kojarzyło mi się z „ciężkimi” etykietami, a tutaj proszę, jaka świeżość, lekkość. Przeźroczyste opakowanie, choć tylko przy szamponie. Pół przeźroczysta, lekko różowa, kojarząca mi się z grejpfrutem konsystencja.
Szampon jest gęsty, żelowy, bardzo dobrze się pieni, ale dziwnym trafem lekko plącze włosy.
Odżywka zaś jest biała, pół gęsta.
Zapach jest śliczny. Słodki, kwiatowy, bardzo przyjemny dla nosa. Szampon zawiera olej sezamowy i nie wiem czy on ma się do zapachu, czy też nie. W każdym bądź razie. Jest to wiosenny, rześki zapach, który bardzo odpręża. Na włosach zostaje bardzo krótko. Nawet, gdy oba kosmetyki nałożone są razem.

Nie spodziewałam się, że szampon nada moim włosom blasku. Ku mojemu zdziwieniu nadał. Pięknie lśnią i błyszczą. Choć stoi za tym niebywale przykra sytuacja. Włosy stają się szybko oklapnięte. Trzeba je na drugi dzień już myć. Co w moim przypadku nie wchodzi w grę, bo myję co drugi dzień, a nie codziennie. Kurczę! Myślałam, że to jest ten szampon, który spełnia wiele obietnic. Ładny, zdrowy wygląd włosów, ale co z tego jak na chwilę, na jeden dzień. Tuż po umyciu są nadzwyczajnie piękne, ale nic po za tym. Na drugi dzień oprócz tego że wymagają ponownego mycia, są niezdyscyplinowane, żyją własnym życiem, ciężko je opanować. Nie lubię tego.

W dodatku to plątanie włosów nie pomaga. Choć z pomocą przychodzi odżywka, która doskonale zmiękcza włosy. I już nie mamy problemu z ich plątaniem się. Ale to za mało.
Bez odżywki nie dałabym rady ich rozczesać, a jak się udało to wiele włosów wyrwałam;/

Szampon ma kilka zalet, ale więcej jest wad, co powoduje, że nie mogę do niego powrócić. Szkoda, bo zapach, blask i ładny wygląd mnie kusi, choć plątanie włosów, oklapniecie dobija. Co z tego, że odżywka stała się lepsza i rozwiązuje ten problem. Ale podczas mycia nie używam jednocześnie dwóch na raz kosmetyków, tylko pojedynczo.
Odżywka bardziej mi przypasowała. Sprawdza się przy innych szamponach, które także niesfornie się zachowują, ale mniej niż ten szampon. Doskonale zmiękcza, wygładza, (ale bez przesady) włosy.
Jest mega wydajna, bo wystarczy jej nie wiele. Zresztą dużo jej nie nakładam, bo moje włosy są cienkie i mogłoby to obciążyć całkowicie włosy, a tego nie chcę. Nie potrzebuję klusek na głowie.
Nadaje włosom nawilżenia, także ładnego blasku, nie wysusza. Wszystko pięknie, ładnie dopóki się jej używa, gdy już zastosuję inną odżywkę nie ma blasku, ani nawilżenia.

Jak dla mnie słabe produkty. Szkoda, bo zapach piękny i efekt na włosach tuż po zastosowaniu też, choć później mniej cieszy;/

Oba produkty można kupić w cenie ok.8-10zł (200-250ml)

wtorek, 7 kwietnia 2015

Farmona, Lets Celebrate, Cosmo, Dwufazowy olejek do kąpieli i pod prysznic



Nowa seria kosmetyków Farmony Let’s Celebrate ogromnie mnie zaskoczyła. Totalnie się w niej zadurzyłam. Piękne opakowania to nie wszystko, dopiero zapach i cała reszta spełni Wasze oczekiwania. Jeśli faktycznie uwielbiacie słodkie zapachy to jest seria dla Was. Koniecznie się jej przyjrzyjcie.
Na pierwszy rzut idzie dwufazowy olejek.

Bardzo podoba mi się etykieta. Jest taka luksusowa, elegancka i przyciągająca uwagę.
Z tyłu jest miarka, która na danym etapie podpisana jest ciekawymi zwrotami. Otwór butli jest wielki, więc trzeba samu wyczuć ile chce się nalać.
A wystarczy niewiele, gdyż piana jest gęsta, i szybko się pieni. Barwi wodę na lekko czerwono. Coś pomiędzy różem, a czerwienią.
Jest to dwufazowy olejek, a co ciekawe nie ma tutaj dużej tłustej warstwy. A piana jak wspomniałam wyżej szybko się pieni. Zazwyczaj przy olejku do ciała w kąpieli dodając płyn do kąpania ciężko jest mi uzyskać jakąkolwiek pianę. A tutaj te dwie jakby wady razem tworzą idealny duet, aż trudno uwierzyć.
Z dwóch faz układa się coś na wzór truskawek ze śmietaną. Piękna kompozycja.
W dodatku to nie wszystko. Po zachwycie nad konsystencją pojawia się fascynacja nad zapachem.
Toż to istna bomba zapachowa! Połączenie słodkiej owocowej żurawiny i kwaśnej cytryny daje mieszankę wybuchową. Wspaniały słodki, ale nie mdły, a rześki świeży zapach sprawia, że totalnie odlatuje. Relaks na wysokim poziomie. Wdychując ten zapach, aż korci mnie, aby się napić. Serio! Apetyczne nuty pociągają mnie. Nie mogę się oprzeć ciągłego wdychania tego zapachu. Totalna rozkosz. Niesamowicie intensywnie, długotrwały zapach, który pieści moje zmysły. Tego nie można pominąć, to trzeba mieć.
Według producenta zapach przypomina drinka Cosmopolitan. Nie jestem Wam w stanie tego napisać, gdyż nie miałam okazji kosztować tego trunku:)

Jestem zachwycona zapachem i konsystencją olejku, a raczej płynu ( bo w opakowaniu jest bardzo rzadki i nie nadaje się do mycia ciała bezpośrednio na nie, a dopiero do wody), więc na nic więcej nie zwracam uwagi. Owszem, wiem, że olejki mają też pielęgnować i dbać o ciało. Ten dwufazowy olejek nie zostawia typowo tłustej warstwy jak przy olejkach. Jest takim cichym, tajemniczym składnikiem, który odgrywa dużą rolę, ale dopiero po zapachu. Bo to zapach gra pierwsze skrzypce.
Ale dzięki temu, że się odprężamy i zapominamy o wszystkim wychodząc z tak apetycznej kąpieli. Odczuwamy na ciele delikatną, subtelną, miękką powłokę. Jest przemiła, gdyż nie narzuca nam swojej tłustości, a zgrabnie przypomina o sobie. Delikatnie nawilżona, odświeżona skóra, aż prosi się o kolejną kąpiel w tej niebywałej kompozycji zapachowej.

Mogłabym pisać o tym zapachu historię miłosną z uniesieniami. Naprawdę zapach zaimponował mi. Jestem nim zauroczona. I prawdę mówiąc z 4 dostępnych serii Let’s Celebrate żurawina/cytryna najbardziej mi pasuje. Ciągle kojarzy mi się z truskawkami. Nie wiem, dlaczego? Zapach jest przecież typowo żurawinowy, choć mimo kwaśnej, świeżej nucie nie wyczuwam mocno cytryny. Dzięki temu zapach nie jest kostką do WC. I chwała mu za to.

Polecam Wam z całego serca tę wersję zapachową. O kolejnej niebawem. Ale żadna inna nie zrobiła na mnie takiego wrażenia.
Dwufazowy olejek to koszt ok. 19zł za 500ml
Kto ma ochotę na truskawki ze śmietaną:D?
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...